Śpieszmy się kochać…

cmentarzOstatnio chodzę jak zombie. Jestem baaaardzo zmęczona, kręci mi się w głowie, mam mroczki przed oczami, a po nocach wyję w poduszkę. Jeszcze się nie otrząsnęłam po śmierci dziadka. Był co prawda stary i wiecznie o wszystko miał pretensje, ale mimo wszystko żal człowieka. Umierał na raka. Od dawno było wiadomo, że umrze, ale ja sama w to jakoś nie wierzyłam. Myślałam, że jak zwykle zmyśla, bo straszny z niego hipochondryk był i lubił zwracać na siebie czyjąś uwagę. Potem się pokłóciliśmy, on wyprowadził się i zamieszkał z ciotką. Nie widziałam go przez dwa miesiące. Kiedy było już bardzo źle, zadzwoniła ciotka, żebyśmy do niego przyjechali. No i wtedy zobaczyłam… Zupełnie innego człowieka. Leżał taki bezbronny, zupełnie pozbawiony sił i tylko tempo wpatrywał się w sufit. Nawet nic nie powiedział tylko uścisnął mnie. Od razu wiedziałam, że to już pożegnanie… W następnym dniu już go z nami nie było. Ot tyle w temacie, teraz muszę załatwiać sprawy spadku. Wczoraj miałam ciężki dzień, a dziś znów o szóstej rano musiałam wstać. Na jedenastą miałam umówioną wizytę u adwokata – http://www.laskowski.org.pl/, w Trójmieście. Do Gdyni jakby nie było kawałek drogi mam. Poza tym wstyd mi, rozpłakałam się przed adwokatem, bo tak jakoś smutno mi się zrobiło, że kiedyś zlewaliśmy człowieka, a dziś podpisujemy papiery o podział jego majątku…